EPILOG.

                Nie jestem bohaterem ani żadnym z herosów. Nie jestem wszechwiedzący. Nie jestem idealny. Jedyne co wiem na pewno, to fakt, że jestem człowiekiem. Składam się z dwustu sześciu kości, a mój szkielet waży około dwunastu kilogramów. Wewnątrz mnie bije serce składające się z dwóch przedsionków i dwóch komór.  Serce to pompuje krew do mojego organizmu, która płynie w moich żyłach jako gorąca ciecz.
                Dzisiejszego dnia nie czuję się dobrze. Jestem odrętwiały, czuję ból. To tak jakby w moich żyłach płynęło cierpienie zamiast czerwonej krwi. Staram się zapomnieć, ale kiedy tylko zamykam oczy, ona pojawia się przed nimi. Widzę ją też w swoich snach. W koszmarach jest ubrana w białą suknię i idzie w kierunku ołtarza. Wiem o tym, ponieważ to ja na nim stoję. Ubrany w czarny, połyskujący garnitur. Uśmiecham się, a ona błyska do mnie swoimi niebieskimi oczami. Potem mija mnie i okazuje się, że to nie ze mną ma zamiar spotkać się na ślubnym kobiercu. To Liam stoi kilka metrów za mną. Próbuję uciec, ale nie udaje mi się postawić pojedynczego kroku, więc przez resztę snu obserwuję i słucham, jak uroczyście składają sobie przysięgę. Budzę się, kiedy mają złożyć na swoich ustach pocałunek. Cieszę się, że chociaż tego nie muszę oglądać.
                Przechylam kieliszek whiskey i wzdycham. Życie jest dobre i jest piękne, ale tylko pod jednym warunkiem, że ma się z kim je dzielić. Na moją niekorzyść, ja chcę spędzić je tylko z Miley. Może to głupie i naiwne, ale już teraz, w wieku 20 lat, wiem, że to jest miłość, na którą inni czekają całe życie, a czasem nawet wtedy jej nie odnajdują.

                Późnym wieczorem samolot ląduje w Los Angeles. Lotnisko jest puste, kiedy przechodzę jego środkiem. Serce wali mi, jakby wystukiwało swój własny, bliżej mi nieznany rytm. Nie potrafię się uspokoić, moje myśli wędrują wokół jednej osoby. Prawdopodobnie nie myśli nawet o mnie w tej chwili, ani nie zamierza jutro przyjść, ale przynajmniej w końcu będę wiedział, na czym stoję i przestanę robić sobie nadzieję.

                W domu jest cicho, kiedy przekraczam jego próg. Słyszę tylko dudnienie swojego serca i miarowe tykanie zegara. Odkładam torby przy schodach i na palcach wchodzę na górę. Nie chcę nikogo obudzić, jednak gdy tylko łapię za klamkę drzwi, w korytarzu zapala się światło i z pokoju wyłania się mama w swoim niebieskim szlafroku.
- Cześć, przepraszam. Nie chciałem cię obudzić. – mówię cicho, żeby dać spokój, prawdopodobnie śpiącemu tacie i braciom.
- Nic się nie stało. Zadzwoniłeś tak niespodziewanie, że przez cały dzień wyglądałam taksówki przez okno.
- Przepraszam.
- Nick, nic się nie stało. Tylko nie strasz mnie tak więcej, jeśli nie masz powodu.
- Wiem, ja… Przepraszam. – to jedyne co przechodziło mi przez gardło, kiedy stałem przed nią i patrzyłem w jej matczyne oczy. Miałem ochotę się rozpłakać. To wszystko tak bolało i tak bardzo mnie przytłaczało, że potrzebowałem kogoś.
- Nicholas, przestań. – zaśmiała się i przytuliła mnie. – Napijesz się herbaty?
- Mamo, jest już późno, powinnaś się położyć.
- Nie. – kręci głową i już wiem, że nie da mi się wywinąć. – Muszę wiedzieć co się dzieje w życiu mojego syna.
                Schodzimy razem do kuchni, w której ja siadam przy blacie, a mama kręci się przy gazówce i wstawia wodę na herbatę. Przede mną leżą już kanapki i ciasteczka, a kubek z herbatą czeka tylko na to, żeby go zalać. Zapada cisza, a mama siada na krześle przede mną.
- To może powiesz mi dlaczego tak naprawdę przyjechałeś?
- Dla niczego konkretnego, mamo. – skłamałem, patrząc jej w oczy.
- Nicholas. – patrzy na mnie z powątpiewaniem. – Ja też czytam gazety i oglądam telewizję. Nie uda ci się mnie okłamać, więc może po prostu powiesz, o co chodzi?
- Mamo, nie chcę o tym gadać. To trudne.
- Co może być dla ciebie tak trudnego, że nie chcesz mi powiedzieć, ale śpiewasz o tym piosenki? – mruczy do samej siebie i podnosi się, żeby zalać herbatę parującą wodą. Kiedy siada, spogląda na mnie wymownie. Wzdycham, dobrze, że nikt nie widzi mojej zawstydzonej twarzy.
- Spotkałem się z Miley w Nowym Jorku. Powiedziałem jej, że jeśli chcę być ze mną, będę czekał na nią w dniu ślubu.
- Nick, dlaczego nie dasz jej odejść? Na pewno znajdziesz kogoś innego, lepszego, kto doceni to, jaki jesteś. Masz dopiero 20 lat, jesteś młody, ułożysz sobie z nim życie.
- Mamo, nie rozumiesz. My, ekhm, my… Spotykaliśmy się od czasu do czasu, aż spędziliśmy razem noc i… No wiesz, raz mówi mi, że mnie kocha, a następnego dnia dowiaduje się, że wychodzi za mąż.
- Oh, tak mi przykro. – łapie mnie za rękę. – A może ona nie jest dla ciebie?
- Mamo. – patrzę na nią twardym wzrokiem. – Kocham ją i nic tego nie zmieni. Nawet ty.

                Po nieprzespanej nocy, podczas której wsłuchiwałem się w uderzenia swojego serca, wstaję i wiem już, że nie ma odwrotu. Biorę prysznic, ubieram się, zerkam na zegarek i wiem, że to pora na wyjście z domu. 

                Miejsce, w którym jesteśmy umówieni, mieści się w centrum miasta, niedaleko kościoła, do którego ona zmierza, lub nie. Zostawiam samochód na parkingu i niezauważenie przechodzę przez centrum, aż do zacieniowanego parku, gdzie pomiędzy drzewami mieści się mała polanka. Kiedyś siadaliśmy tu razem i oglądaliśmy cienie grające na trawie. Trzymałem ją w ramionach, a ona śmiała się tak, że jej ramiona trzęsły się wraz z moimi.
                Za każdym razem zakochiwałem się w niej na nowo, choć nie wiem, czy to do końca możliwe.
                Zatracałem się w jej oczach każdego cholernego dnia. Byłem uzależniony od jej zapachu, dotyku, nawet głupiego, przelotnego spojrzenia.  Tkwiłem w całym tym bagnie ze świadomością, że ona nie wróci już do mnie, ale nie potrafiłem odpuścić. Odwiedzałem ją, uczyłem i byłem zawsze, kiedy mnie potrzebowała, ale nie doceniała tego. Była zbyt zapatrzona w niego.
                Ze złością cisnąłem kamień w pień starego drzewa, przy którym spotykaliśmy się za każdym razem, dzisiaj też tu czekałem, pewnie na marne. Wiem, że się nie pojawi, ale jakaś siła nie pozwala mi stąd odejść, więc stoję bezsilny na środku małej polanki. Zostaję tu tylko do dwunastej, przysięgam samemu sobie, choć tak naprawdę nie wiem, czy dotrzymam owej obietnicy.
                Przy niej jestem nikim. Ale kocham ją jak głupiec. To dziwne co miłość potrafi zrobić z człowiekiem. Na początku jest pięknie, jak w bajce, a potem wszystko się sypie, jakby miłość przemijała wraz z porami roku. Wiosną jest delikatnie i świeżo, latem jest pięknie i gorąco, jesienią jest łzawo i powoli dążymy do końca, zimą natomiast zostajemy sami. Właśnie do tego porównałbym jej miłość do mnie – do zimy, choć ja kochałem ją wyłącznie wiosną i latem.
                Od dłuższego czasu czuję, że nie potrafię kochać nikogo innego poza nią, a może nawet tego nie chcę, tak samo jak nie chce słyszeć ich weselnych dzwonów. Chciałbym spróbować jeszcze raz i zrobię to, jeśli tylko przyjdzie tu, zamiast kierować się w wyznaczone przez nich miejsce. Bo wiem, że niekończąca się miłość nie jest czymś, czego można się nauczyć, ale tak się składa, że ona sama mi ją pokazała.
                Poczułem ucisk, kiedy dzwon kościelny wybił dwanaście razy, a ja odwróciłem się w stronę dróżki, która prowadziła do domu. Nie ruszyłem się jednak z miejsca ani na krok. 
                Słońce odbija się od białej sukni, którą ma na sobie ubraną. Welon leży u jej stóp, a dół sukni umazany jest błotem. Podnoszę wzrok i widzę jej zapłakane oczy. Zdaje się, że nie tylko ja musiałem zmierzyć się z bólem w tych ostatnich tygodniach, które minęły od naszego ostatniego spotkania. Podchodzę bliżej, ale nie dotykam jej, bo wiem, że tego nie chce.
- Wyglądasz okropnie. – rzuca w moim kierunku, a jej zduszony głos mówi mi, że ma ochotę się rozpłakać.
- Powiedziała, co wiedziała. – wywracam oczami, a delikatny uśmiech wpełza mi na twarz.
- Więc… Przyszłaś?
Podnosi wzrok i potakuje.
- Nie mogłam za niego wyjść. Ja… Wiem, że cię kocham i wiem, że ty mnie też, ale potrzebuję trochę czasu. Nie miej mi tego za złe, ja też dużo przeszłam, wbrew pozorom.
- Wiem. – wzdycham, choć boli mnie serce, że to jeszcze nie teraz. – Zaczekam, obiecuję.
Nie wiem, czy nie popełniam błędu. Nie mam pewności, że nie zakocha się w kimś innym, ale zgadzam się, bo tym razem nie dam jej odejść.
- Chodźmy stąd.

                Zabieram ją do domku, który wynajął mój nowy menadżer. Wiedziałem, że niezależnie od decyzji, jaką podejmie, będę chciał spędzić kilka dni na uboczu.
                Zamykam za nami drzwi, żeby reszta świata nie wdarła się do środka. Nikt nie wie, że tu jesteśmy, ale teraz chcę mieć ją tylko dla siebie.
- Tam jest łazienka, jeśli chcesz skorzystać. – pokazuję palcem na drzwi po prawej stronie.
- Nie mam ze sobą żadnych ubrań.
- Dam ci coś mojego.
Z torby wygrzebuję szary dres i jakiś biały t-shirt.
- Dziękuję.

                Ciężko jest patrzeć, jak osoba, którą się kocha, męczy się. Jak powoli opada z sił i powstrzymuje cisnące się łzy. Od momentu, kiedy zamknęły się za nią drzwi łazienki, nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Wiem, że potrzebuje poukładać to sobie w głowie, więc nie chcę jej jeszcze sobą obciążać.
                Zamknąłem za sobą drzwi od drugiej sypialni, rozebrałem się i położyłem na łóżku, przykrywając się kołdrą do pasa. Przewróciłem się na drugi bok. Ciemność zajmuje cały mój pokój, a ja leżę z szeroko otwartymi oczami. Wsłuchuję się w ciszę i jestem spokojny.
                Podłoga skrzypi na korytarzu i drzwi uchylają się. Wstrzymuję oddech, kiedy Miley unosi kołdrę i wślizguje się pod nią, podciągając ją aż pod szyję. Choć jestem sparaliżowany, odwzajemniam uścisk, kiedy wtula się w moje ramiona.
- Kocham cię, Nicky. – mówi i brzmi to tak, jak kiedyś.
- Też cię kocham, Śmieszko. – odpowiadam, całując ją we włosy. Choć wiem, że będzie ciężko, wierzę, że uda nam się. Staniemy przeciwko całemu światu, jeśli będzie trzeba. Wiem, że oboje zrobimy dla siebie wszystko.

                Wbrew wszystkim przeciwnościom, które stają nam na drodze każdego dnia, życie warte jest każdego wysiłku. Moja mama zawsze powtarzała mi, że życie składa się z prób i dzisiaj wiem już, że miała co do tego rację. Pierwsze dni po powrocie Miley były trudne dla nas obojga. Prasa nie dawała nam przejść w spokoju od samochodu do domu, a co dopiero, gdybyśmy wyszli gdzie indziej. Świat oszalał na punkcie skrzywdzonego Liama, a nas dwoje opisywano jako bezdusznych. Przecież Hemsworth to taki dobry chłopak… Gdyby tylko wiedzieli. Sęk w tym, że choć połowa pracy była do nas negatywnie nastawiona, my mieliśmy siebie i naszych wspólnych fanów.  Przetrwaliśmy kolejną dla nas próbę.
                Nie mogę powiedzieć, że nasze życie jest teraz idealne. Kłócimy się czasem, jak na każdą parę przystało. To mogą być głupoty, jak na przykład, kiedy spotkamy się z moją rodziną, a kiedy odwiedzimy jej. Czasem jednak jest ciężej, kiedy nie mamy czasu, żeby spotkać się na pięć minut, kiedy oboje jesteśmy w trasie. To trudne, żyć w blasku fotoreporterów, a życie spędzać na czerwonym dywanie. Każdy, kto nie jest sławny, mówi, że chętnie zajął by nasze miejsce, ale gdy przyjdzie co do czego, to nie jest takie łatwe.
                W całym tym zgiełku sławy, tak naprawdę liczą się tylko pojedyncze momenty. Chwila, kiedy wychodzisz na scenę. Kiedy klękasz przez ukochaną dziewczyną i ofiarowujesz jej swoje serce, prosząc o to, by została twoją żoną. Kiedy patrzysz, jak idzie do ołtarza i masz pewność, że w jej sercu jesteś tylko ty. Kiedy kłócisz się z nią o bzdury, a potem godzisz się w zaciszu waszego mieszkania. Kiedy oboje wracacie do domu po długiej trasie i choć nie widzieliście się długo, nic nie mówicie. Słowa nie są potrzebne, ważna jest bliskość i ważna jest ta miłość, która promieniuje prosto z waszego serca, przebija się przez ubrania i dotyka tej drugiej osoby.
To ważne, żeby nie poddać się przy ani jednej próbie. Trzeba walczyć zarówno o swoją przyszłość, jak i o miłość, bo drugiej takiej już nie znajdziesz. Nigdy nie będziesz miał wpływu na to, kto pojawi się w twoim życiu, ale ważne jest to, abyś wiedział, kto ma w tym życiu zostać na zawsze. Kiedy raz dasz jej odejść, zdajesz sobie sprawę, że nic w życiu nie zdarza się dwa razy, że nigdy nie poczujesz się już tak samo, a każda chwila jest wyjątkowa, więc trzymaj się jej i nie daj odejść. Bądź szczęśliwy, tęsknij, kochaj i walcz. Nigdy, przenigdy, nie spuszczaj głowy w dół mówiąc, że nie dasz rady. Ja dałem, ty też sobie poradzisz.
Siadam na werandzie i wyczekuję czarnego samochodu, który powinien lada chwila przywieźć do domu moją żonę. Wyjątkowo to ja wróciłem pierwszy z trasy. Przeważnie mijaliśmy się gdzieś w drzwiach. Biorę w rękę biały kubek z kawą i upijam jej łyk. Na kolanach trzymam plik kartek, a między zębami ściskam długopis. Przygotowuję właśnie drugą solową płytę. Po sukcesie tej pierwszej, chwilowo stanąłem na laurach, ale teraz, kiedy wszystko jest spokojne, mam w końcu czas, żeby po raz drugi nagrać coś swojego.
Zdążyłem napisać zaledwie kilka słów, kiedy na kamiennej ścieżce prowadzącej do naszego domu, stanęła moja żona. Wygląda tak jak zwykle, smukłe dżinsy, trampki, biała bluzka pod koszulą. Jej włosy poruszają się delikatnie na wietrze, a ona uśmiecha się lekko i macha do mnie ręką. Zauważam, że ma na sobie moją koszulę, którą zostawiłem, kiedy odwiedzałem ją w trasie. Wierzcie lub nie, ale prawdopodobnie właśnie zakochałem się w niej na nowo. Odkładam kartki i idę w jej stronę. Kiedy jestem wystarczająco blisko, wyciągam do niej ręce i pozwalam, żeby swobodnie w nie wpadła. Całuję jej różowe usta.
- Cześć. – szepczę do jej ucha.
- Hej. – czuję na policzku, że się uśmiecha. Biorę jej bagaże i wchodzimy razem do domu. Nie udaje mi się zanieść ich dalej niż za drzwi, kiedy moja żona składa na moich ustach długi i naprawdę namiętny pocałunek.
- Musiałaś się nieźle stęsknić. – śmieję się, kiedy przypieram ją do drzwi.
- Nawet nie wiesz jak. – pociąga za dół mojej koszulki, kiedy ja zsuwam z jej ramion koszulę. Zjeżdżam pocałunkami na jej szyję. Owija mnie w pasie nogami. – Nick…
- Hm? – nie odrywam się od niej ani na milimetr, więc porusza się i łapie moją twarz w swoje dziewczęce dłonie.
- Chcę mieć dziecko.
Rozszerzam szeroko oczy. Zazwyczaj nasze rozmowy, albo lepiej, mój monolog, na ten temat, kończyły się kłótnią.
- Czemu?
Marszy brwi.
- Czemu teraz?
- Teraz jestem gotowa, żeby dać ci to, czego pragniesz.
- Na pewno? – pytam, na co ona kiwa głową. Chcę krzyczeć ze szczęścia, bo rodzina to coś, o czym zawsze marzyłem. Własna rodzina. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę ją planował… I to z nią.
- Nawet nie wiesz, jakim szczęściarzem jestem. – przejeżdżam dłonią po jej policzku. – Dzięki tobie.
Całuje mnie w usta.
- Kocham Pana, Panie Jonas.
- Ja Panią też, Pani Jonas.
Tym razem to ja wpijam się w jej usta i zaciskam dłonie na jej wypracowanych na pilatesie pośladkach.
- Więc zróbmy sobie tą dzidzię. – uśmiecham się i przenoszę ją do sypialni.
- Jestem za. – patrzę w jej oczy i widzę w nich swoją przyszłość, Miley Ray Jonas pozwala mi właśnie spełnić swoje największe marzenie. Ofiarowuje mi rodzinę.

                Nazywam się Nicholas Jerry Jonas. Mam 24 lata. Moje życie składa się z prób, wyzwań i niepowtarzalnych chwil. Nagrałem jedną płytę, jestem w trakcie pisania drugiej. Telefon zadzwonił do mnie kilka godzin temu i tym samym, wyciągnął mnie ze studia w trakcie nagrania. Siedzę na korytarzu, kiedy dobiega do mnie rozdzierający płacz. Jest on tak przejmujący, że prawie łamie mi serce. Ale jednocześnie jest wyjątkowy. Lekarz wychodzi z sali i składa mi gratulację. Jeszcze oszołomiony wchodzę na salę i przeżywam kolejną wyjątkową chwilę w swoim życiu. Moja żona trzyma na rękach nasze pierwsze dziecko. Mam córkę, chcę krzyczeć z radości, ale zamiast tego, całuję Miley w czoło i układam obok niej bukiet kwiatów, który zdążyłem kupić. Mała jest prześliczna, prawie tak piękna jak jej mama. Kocham ją od pierwszego wejrzenia, a kiedy oplata rączkę wokół mojego palca, coś we mnie pęka i pozwalam kilku łzom spłynąć po swoich policzkach.
- Dziękuję. – zwracam się do Miley, która tak samo jak ja, wpatruje się w naszą córkę.
- Za co? – pyta nie odrywając od niej wzroku. Wiem, że będzie idealną mamą.
- Za nią. – uśmiecham się i siadam na brzegu łóżka. – Za naszą rodzinę.
Odwraca wzrok i patrzy na mnie. Wiem, że ją boli, ale wyciąga rękę w moją stronę i kładzie mi ją na policzku.
- Ja też dziękuję, za to, że nie zwątpiłeś i nie poddałeś się tamtego lata. Dziękuję, że o mnie walczyłeś i razem stworzyliśmy wspólną przyszłość. To wszystko, czego kiedykolwiek chciałam.
- Nigdy się nie poddam, jeśli chodzi o ciebie i o nią.
Kiwam głową i przerzucam wzrok na córkę.
- Everly Kathryn Jonas.
- Hę? Sama to wymyśliłaś? – podnoszę brew patrząc na żonę.
- Tak, chcę, żeby miała wyjątkowe imię.
Zamyślam się na chwilę. Już jest wyjątkowa, jej życie także takie będzie, tata tego dopilnuje.
- Niech będzie, Everly Kathryn Jonas.

                Nazywam się Nicholas Jerry Jonas. Mam rodzinę. Jestem szczęśliwy. 

***
Dziękuję wam za wszystkie słowa, które do mnie kierowaliście. Za wasze opinie, te pozytywne i negatywne. Dziękuję, że czytaliście rozdziały i czekaliście, czasem bardzo długo, na te nowe. Wszystkie, i każda z was osobno, jesteście niezastąpione. To był dla mnie zaszczyt, że mogłam dla was pisać.
Jednak jak wszystko, i ta historia w końcu się skończyła. Może nie wszystko jest tak, jak sobie zaplanowałam, ale jestem całkiem zadowolona z końcówki. Szkoda się rozstawać z tym blogiem, tym bardziej, że po raz pierwszy pisałam z perspektywy chłopaka. Sama nie wiem, jak mi to wyszło, wydaje mi się, że inni chłopcy nie są tak uczuciowi, jak Nick w moim opowiadaniu, ale cóż, muzyk musi taki być :)
Niedługo poczęstuję was adresem nowego opowiadania, także zaglądajcie tu czasem!

I cóż, we łzach muszę was teraz pożegnać. Do zobaczenia na innym blogu, moi kochani.

Rozdział XIX: Pewnego dnia ta miłość do ciebie mnie zabije.



                To zupełnie normalne, że kiedy dopada cię choroba, zamykasz się w pokoju i spędzasz dnie w łóżku. Łykasz lekarstwa, popijasz wodą i zapadasz w głęboki, spokojny sen. To jedyna chwila, kiedy ból cię nie dosięga. Masz blisko siebie mamę, dziewczynę albo brata i pozwalasz im się sobą opiekować. Pozwalasz drugiej osobie być blisko.
                Ból który odczuwałem teraz był inny. Sprawiał, że zamykałem się w studiu i pisałem i komponowałem. Chciałem być sam i dać się temu pochłonąć. Tak więc siedziałem w ciszy i spokoju, przy przygaszonym świetle i na kartkach papieru pisałem piosenki. W ten sposób nagryzdałem singiel, który będzie promował moją nową płytę, napisałem do niego muzykę i pokazałem wytwórni, która zadowolona pokiwała głowami i zgodziła się wydać moje nowe dzieło.
                Nie planowałem wracać do Los Angeles. To jedna z tych decyzji, które podjąłem w studiu. Nie miałem tam nic, do czego mógłbym wracać. Rodzina, tak, ale nic prywatnego, co by mnie tam trzymało. W Nowym Jorku słońce świeciło tak samo, jak w LA. Wiał ten sam wiatr, jeździły te same samochody, a ludzie mijali się bez słowa i spojrzenia. Świat tutaj był tak samo zimny, jak tam.

                Po sesji nagraniowej wróciłem do swojego apartamentu. Przywitały mnie te same białe ściany i ciemno-brązowe meble. Jeśli chcę tu zostać, muszę poważnie pomyśleć o kupnie swojego domu…
                Odłożyłem skórzaną torbę na fotel i nalazłem sobie szklankę wody. Trzymając ją w ręku, stanąłem przed oknem i spojrzałem na horyzont.
                Niebo przybrało dzisiaj kolor jej oczu… Odrzuciłem od siebie tę myśl i usiadłem na wysokim krześle przy wyspie kuchennej. Z westchnieniem wyjąłem kartki z nowymi piosenkami i przewracałem je, zastanawiając się, które z nich wybrać. W jakim kierunku pójść ze swoją płytą? Jak ją nazwać? W jakiej kolejności ułożyć single, żeby płyta złożyła się w całość?
                Pokręciłem głową i zadzwoniłem do restauracji po obiad.

                Pukanie do drzwi wyrwało mnie z toku pracy. Energicznie zebrałem kartki i włożyłem je w notes. Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po moich plecach, a ręka automatycznie przeczesała włosy. Czułem, że moja usta otwierają się, a zza nich wyrywa się jęk.
- Miley?
- Nick. – jej głos ścisnął mnie w żołądku. Już miałem zamknąć jej drzwi przed nosem, kiedy pchnęła je ręką. – Nick, porozmawiaj ze mną.
Weszła do środka i zamknęła za sobą hotelowe drzwi.
- Nie mam o czym z tobą rozmawiać. – syknąłem, nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w stanie tak się do niej odezwać. A jednak w głębi duszy cieszyłem się, że tu jest.
- Nick, mam cię błagać o minutę rozmowy? – zrezygnowana pokręciła głową, usilnie wbijając we mnie swoje spojrzenie. Odwróciłem się do niej wściekły, a ręce automatycznie zacisnęły się w pięści.
- Ja cię błagałem, żebyś do mnie wróciła! I co? Wróciłaś?!
Cofnęła się przede mną o krok. Przestraszona, słaba, mała. Nigdy nie zrobiłbym jej krzywdy.
- Nie. Nie wróciłam. Przyszłam, żeby ci przekazać, że to, do czego między nami doszło, było błędem. Ja kocham Liama i wyjdę za niego, czy tego chcesz, czy nie. Nie mówię, że jesteś mi kompletnie obojętny, nigdy nie będziesz, ale wybieram jego. To w nim jestem zakochana.
- Wolisz faceta, który cię zdradzał i pewnie teraz też pieprzy jakąś panienkę w twoim łóżku? – prychnąłem zniecierpliwiony.
- Obiecał, że już tego nie zrobi, ja…
- Jesteś naiwna. – przerwałem jej. – Albo głupia, już sam nie wiem. Jeszcze mi powiedz, że mu uwierzyłaś…
- Nicholas, proszę cię.
- Prosisz? O co mnie prosisz, Miley? – zapytałem wbijając w nią spojrzenie. To bolało, wypalało we mnie dziurę, sprawiało, że robiła się większa niż do tej pory. – Dałem ci wszystko. Dałem ci obietnice i swoją miłość, a ty to odrzuciłaś. Już nie możesz mnie o nic prosić, bo nie masz o co. Nie mam nic, co mógłbym ci dać.
- Chcę, chcę tylko, żebyś mi wybaczył. – odparła bo długiej chwili milczenia. Zacisnąłem usta i spuściłem wzrok, dłonie wbiłem we wnętrze kieszeni.
- Nigdy ci nie wybaczę tego, co zrobiłaś.
Podniosłem wzrok i dostrzegłem lęk w jej oczach.
- Będziesz z tym żyła, czy tego chcesz, czy nie. Zostawiłaś mnie, zwabiłaś i znów porzuciłaś. Obiecywałaś, a potem te obietnice sama złamałaś. Nie możesz prosić mnie o wybaczenie, którego nie dostaniesz. Nie teraz, nie dzisiaj, nie jutro, ani nie za rok. Mam nadzieję… Mam nadzieję, że to zniszczy cię tak samo, jak zniszczyło mnie. Że każdego ranka będziesz się budziła i miała ochotę umrzeć. Że w każdej innej osobie będziesz widziała coś, co przypomni ci o mnie. Każdy najmniejszy gest, każdy promyk słońca i kropla deszczu będzie wiązała się ze mną.
- Nick, nie bądź taki.
- Nie bądź, jaki? – ze złości uderzyłem dłonią w ścianę tuż nad jej ramieniem i pochyliłem się tak, że nasze usta prawie się stykały. – Kocham cię i będę kochał, a pewnego dnia ta miłość do ciebie mnie zabije.
Przymknąłem oczy i oddychałem ciężko.
- Lepiej już idź, inaczej wydarzy się coś, czego nie będę mógł przerwać.
Minęła chwila nim przywołałem się do rozsądku i otworzyłem oczy. Drzwi zamknęły się ze szczękiem, a ja zostałem sam, pochylając się nad ścianą. Kilka bezradnych łez spłynęło po mojej twarzy. Wyjdzie za niego. Naprawdę to zrobi.

                Nie zmrużyłem oczu przez całą noc. Leżałem płasko na plecach i wpatrywałem się w cienie grające na suficie. Nadszedł moment, w którym czułem do siebie tylko żal, że pozwoliłem jej odejść. Być może niewystarczająco się o nią starałem. Być może zbyt rzadko zapewniałem ją o swojej miłości. Kto wie, kiedy ja sam nie mam o tym pojęcia. Nie cofnę tych wszystkich dni i gorzkich słów, którymi ją obrzuciłem. Jestem jednak pewien, że w moim sercu zawsze będzie miejsce dla niej… Dla miłości mojego beznadziejnego życia.

                Obserwowałem ich zdjęcie na okładce jakiegoś czasopisma. Ona uśmiechnięta, a on protekcjonalnie trzymający ją w ramionach. Ślub roku, prychnąłem. Zabolało dopiero kiedy zobaczyłem termin ich ślubu. Jedenasty dzień czerwca, nasza rocznica. Zgniotłem gazetę ze złością i rzuciłem nią w kąt. Oddychaj, Nick, poleciłem sobie. Zaraz masz wywiad, musisz tam wyjść. Opanuj się.

                Chelsea skupiała swój wywiad na mnie. Pytała o płytę, relacje z braćmi, o zespół. Wiedziałem jednak, że prędzej czy później, zapyta mnie o nią. I to pytanie padło właśnie teraz.
- Jak pewnie wszyscy wiedzą, była dziewczyna Nicka, Miley Cyrus ogłosiła zaręczyny z obecnym chłopakiem, Liamem. Moje pytanie brzmi, jak się z tym czujesz, Nick?
Ścisnąłem mocniej oparcie, ale wypuściłem powietrze i w myślach szukałem właściwej odpowiedzi.
- Cóż, jeśli chcesz usłyszeć, że się cieszę i życzę im najlepiej, to przykro mi, ale nie powiem tego. – pokiwała głową, a lekki uśmiech zrozumienia zagościł na jej twarzy. – Nie życzę im źle, oczywiście, ale to co czułem do niej i, co czuję nadal, nigdy nie zostanie zapomniane. W moim sercu, choć nie wiem, jak bardzo bym się starał, zawsze będzie dla niej miejsce.
Zmarszczyła brwi.
- Nie mogę powiedzieć, że spodziewałam się takiej odpowiedzi, ale Nick. Powiedz nam, jak to jest. Mamy rozumieć, że nadal ją kochasz?
Pokiwałem głową i choć nie powinienem był, spojrzałem na prowadzącą wywiad.
- Kocham, Chelsea, kocham ją całym sercem.
Fani siedzący na widowni wydali z siebie krótkie okrzyki, które miały podnieść mnie na duchu. Uśmiechnąłem się do nich i choć łzy były już na najlepszej drodze do wyjścia, powstrzymałem je.
- Nie martwcie się, dam sobie radę! – zwróciłem się do nich, po czym nachyliłem się do Chelsea. – Ale tak naprawdę, bardzo chciałbym już wyjść na scenę.
Roześmiałem się razem z widownią i rozładowałem napięcie, które utworzyło się po ostatnim pytaniu.
- Więc nie powstrzymuję cię już ani chwili dłużej. – uśmiechnęła się i wskazała ręką, w którą stronę mam się udać. Pokiwałem fanom i przeszedłem na drugą scenę.

                - Pierwszą piosenką, którą wam zaprezentuje, jest Broken Strings. Napisałem ją, kiedy ostatni raz odwiedzałem Nowy Jork. Pierwszy raz wykonałem ją w studiu, nagrywając akustyczny koncert, jestem jednak przekonany, że znajdzie się dla niej miejsce na mojej nowej płycie.
Pokiwałem głową i dałem znać muzykom, że jestem gotowy. W odpowiedniej chwili zacząłem śpiewać.
- Och, to mnie rozdziera. Próbowałem się trzymać, ale to rani zbyt mocno. Próbowałem przebaczyć, ale to nie wystarczy, by sprawić, aby wszystko było dobrze. Nie możesz grać na zerwanych strunach. Nie możesz czuć niczego, czego twoje serce nie chce czuć. Nie mogę powiedzieć ci czegoś, co jest nieprawdziwe. Pozwól mi cię przytulić po raz ostatni, to ostatnia szansa, by znów poczuć.
Uśmiechnąłem się do fanów i czułem w swoim sercu ciepło. Nieważne gdzie jestem, ani jaki jestem, oni są i będą blisko mnie. Za to jestem wdzięczny.
- Kolejna piosenka jest dla mnie bardzo ważna. Napisałem ją, kiedy dowiedziałem się z gazet o ich ślubie. – fani w skupieniu słuchali moich słów. – To dla mnie bardzo ciężki okres. Pewnie rzeczy powinienem zachować dla siebie i faktycznie tak zrobię, ale miłości nie da się tak po prostu schować do kieszeni. Z mojej strony, chciałbym życzyć wam miłości, która was pochłonie. Gdzieś na świecie jest dla was osoba, która zatrzyma czas. I o tę osobę powinniście walczyć, nigdy, przenigdy nie dajcie jej odejść.
Wykonałem drugi znak i zespół zaczął grać pierwsze takty Wedding Bells. Zamknąłem oczy i wpatrywałem się we wspomnienie o niej.
- Próbuję zasnąć, ale budzisz mnie, bo staram się ujrzeć dobrą stronę zamiast czuć się dobrze. Nie chcę słyszeć gongu weselnych dzwonów. Przepraszam za moją ostrą reakcję, zaskoczyłaś mnie. I jeśli mam być szczery, mam nadzieję, że przyłapiesz mnie na okazywaniu, jak jestem szczęśliwy. Nie pozwolę ci zauważyć prawdy, bo jeśli przypomnisz sobie, nasza rocznica przypada na jedenastego czerwca. Nie, nie chcę kochać, jeśli to nie jesteś ty. I nie chcę słyszeć weselnych dzwonów. Może spróbujemy ten ostatni raz? Ale nie chcę słyszeć gongu weselnych dzwonów.
Ostatnią piosenką, którą wykonałem, było Chains. Napisałem ją w obliczu swojej „choroby”, kiedy spędzałem dnie zamknięty w studiu.
- Zakułaś mnie w kajdany, kajdany twej miłości, ale zmieniłbym jej, nie zmieniłbym tej miłości. Próbuję rozerwać te łańcuchy, ale to one rozrywają mnie…
Zakończyłem i pomachałem widowni. Pożegnałem się z Chelsea i podziękowałem za wywiad, obiecując, że wyślę jej nową płytę z autografem. Zanim zjechałem windą na dół, żeby rozdawać autografy, wziąłem telefon do ręki i napisałem do niej krótką wiadomość. Ostatecznie, albo się zejdziemy, albo na zawsze pozostaniemy osobno.

„Spotkaj się ze mną w dniu Twojego ślubu. Punktualnie o dwunastej będę w naszym miejscu. Zacznijmy od nowa.”
  

***
Ostatecznie został jeden rozdział. Szybko zleciało... Czas ruszać i pisać coś nowego. Może w trochę innej tematyce, ale za to oryginalnego :) Ciężko będzie rozstać się z tą historią, ale zawsze jest tak, że kończy się jedno, a zaczyna drugie. Także do następnego! 
 

Rozdział XVIII: Oddychać, uśmiechać się i funkcjonować.

                Patrzyłem jak kubek spada w dół i rozpryskuje się po ziemi. Czarna kawa strumieniem skapywała ze stołu. Nie potrafiłem się ruszyć, nie potrafiłem otworzyć ust ani wypowiedzieć pojedynczego słowa. Coś ciemnego rozlało się po moim ciele, jak kawa która zakrywała sobą podłogę.
                Nie rozumiem.
                Kap… Jest zaręczona? Przecież obiecała.
                Kap… Wybaczyła mu? Wczoraj mówiła, że wróci do mnie.
                Kap… Wczoraj, właśnie wczoraj, była cała moja. Tylko moja.
                Oparłem głowę na ramionach, a łzy z bezsilności potoczyły się po mojej twarzy. Udało jej się, złamała mnie. Złamała tak mocno, że miałem ochotę sam zakopać się pod ziemią. Pierwszy raz w życiu poczułem, że nie chcę już żyć, bo życie bez niej nie ma dla mnie sensu.

                Nim się zorientowałem, pakowałem swoje rzeczy do torby. Nie kontrolowałem tego co robię, a usta miałem zaciśnięte. Co jakiś czas moje oczy zachodziły mgłą. Nie mogłem tu zostać ani chwili dłużej. Nie potrafiłem patrzeć na łóżko, w którym spała przy moim boku. W którym wyznawała mi miłość i obiecywała, że już nigdy nie zostawi. Wierzyłem w każde jej słowo. Wierzyłem jej, aż do teraz.
                Złapałem zapakowaną torbę i powoli zszedłem po schodach. Na blacie zostawiłem kartkę rodzicom, że wracam do Nowego Jorku tylko, że przełożyłem wyjazd o kilka dni wcześniej. Nie chcę, żeby widzieli mnie w takim stanie. W ogóle nie chcę, żeby mnie widzieli.

                Podałem kierowcy adres domu Marshalla i oparłem się o siedzenie. Myśli tłoczyły się w mojej głowie sprawiając, że chciało mi się krzyczeć. Byłem zraniony jak nigdy dotąd. Nie potrafiłem dopuścić do siebie myśli, że już nigdy nie będzie tak jak powinno. Za kilkanaście lat nie będę miał domu z ogródkiem i dziećmi w środku. Nie będą biegały wokół nas i nie będą czekały za kulisami, kiedy będę grał koncert. Nie wezmę pięknego ślubu, bo kobieta, której dałbym swoje nazwisko przyjmie je od kogoś innego. Nie będę miał przyszłości, o której śpiewałem w swoich piosenkach. W tym momencie, siedząc w żółtej taksówce w ogóle nie widzę swojego przyszłego życia. Widzę tylko ciemność, która towarzyszy mi na każdym kroku.

                Zostawiłem torbę w bagażniku i poprosiłem kierowcę, żeby na mnie zaczekał. Schowałem ręce w kieszeniach i skierowałem się do drzwi wejściowych. Nim zapukałem, pojawił się w nich Marshall.
- Piwo czy wódka? – zapytał zanim zdążyłem otworzyć w ogóle usta. Pokręciłem głową i pierwszy raz tego dnia cień uśmiechu pojawił się na moich ustach.
- Przyjechałem się pożegnać. – wskazałem ręką na taksówkę. – Jadę promować koncert.
Spojrzał na mnie spod uniesionych brwi.
- Uciekasz, Nick.
- Być może. – podniosłem głowę i spojrzałem w słońce. Świeciło jaskrawe gdzieś wysoko na niebie i było w nim coś tak odległego, zdystansowanego, że jego piękno przebijało się przez moje ciało. – Pewnie czytałeś dzisiejszą gazetę. – pokiwał głową, a ja zagryzłem usta od środka. – Nie mogę tu być, kiedy ona jest jednocześnie tak blisko i daleko. Nie potrafię, Marshall.
Westchnął.
- Ta baba zniszczyła ci życie, a ty wciąż ją kochasz. – pokręcił głową. – Jesteś niesamowity, Nick. Jedź do tego swojego miasta marzeń i spełniaj marzenia. – uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu. – Znajdź sobie kogoś, kto cię doceni i bądź szczęśliwy. Szerokiej drogi, przyjacielu.
Wpadliśmy sobie na chwilę w ramiona. Byłem tak wzruszony jego słowami, że nie mogłem otworzyć ust, żeby coś powiedzieć.
- Do zobaczenia. – rzuciłem przez ramię i wsiadłem do taksówki. Obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem, że Marshall nie wszedł jeszcze do domu. Uśmiechnąłem się, bo wiedziałem, że on jako jedyny nigdy mnie nie zostawi. To raczej ja zostawiam go.

                Z trudem przebiłem się przez lotnisko pełne paparazzich, którzy już wiedzieli o moim wyjeździe. Pewnie zauważyli taksówkę przed moim domem i torbę, którą niosłem w ręku, kiedy wychodziłem. Przeszedłem przez odprawę i pomachałem fanom, po czym wsiadłem do samolotu i zająłem swoje miejsce. Chciałem wyłączyć się i przestać myśleć o wszystkim, ale nie mogłem. To zabijało mnie od środka. Uczucie straty trzymało w pięści moje płuca i nie pozwalało w pełni oddychać.

                Późnym wieczorem zameldowałem się w hotelu i wjechałem windą na górę do swojego pokoju. Rzuciłem torbę i stojąc na środku pokoju, zastanawiałem się, co dalej? Co mam robić, kiedy czuję, że wszystko straciło już sens.
                Z płucami pełnymi powietrza podszedłem do okna, które rozciągało się od podłogi do sufitu i od jednej ściany do drugiej. Oparłem ręce o zimną szybkę i pochylając głowę, spojrzałem w dół. Obserwowałem wszystkich tych ludzi, małych i obcych, ale pewnie przez kogoś kochanych, mających na świecie swoją drugą połowę, powierzających jej swoje sekrety i marzenia, obiecujących dozgonną miłość. Zapragnąłem znaleźć się tam między nimi. Chciałem zostawić wszystkie swoje problemy w tym pokoju, zamknąć je na klucz i nie otwierać już nigdy więcej. Pragnąłem, by zostały tu na górze na tyle wysoko, żeby nikt inny nie mógł ich dosięgnąć.
                Słoneczny dzień zamienił się w chłodną noc.
                Zgasiłem lampkę i położyłem się spać, przypominając sobie, że za kilka godzin znów nastanie dzień, a ja będę musiał żyć. Oddychać, uśmiechać się i funkcjonować normalnie, pomimo dziury wypalającej sobie miejsce w mojej piersi.

                Obudziło mnie pukanie do drzwi. Niechętnie otworzyłem oczy i przetarłem je ręką. Usiadłem, wypuściłem powietrze i pilnowałem samego siebie, żeby zaczerpnąć je z powrotem. Wstałem chwiejąc się na nogach i otworzyłem drzwi.
- Śniadanie, Panie Jonas. – machnąłem ręką, pozwalając mu wejść i podziękowałem, kiedy wychodził. Nie miałem ochoty na jedzenie, więc odsunąłem tacę na bok i usiadłem na łóżku.

                Zacząłem pisać wers za wersem i stawiać nutę za nutą, a piosenka nabierała powoli kształtu. Moja osobista terapia dawała mi swoistą satysfakcję. Przelewałem swoje uczucia na papier, kiedy zadzwonił telefon, a na wyświetlaczu pokazało mi się zdjęcie Demi. Nie chciałem odbierać, bo wiem, po co dzwoni, ale odebrałem ze strachu, że mogło jej się coś stać.
- Cześć, masz czas na studio?
Zmarszczyłem brwi i zamrugałem kilka razy, rozglądając się dookoła, już sam zwątpiłem w to, czy naprawdę wyjechałem z LA.
- Dems, jestem w Nowym Jorku. – stwierdziłem pewnie.
- No co ty nie powiesz? – zironizowała. – Też czytam gazety, Nicholasie. – prawie zobaczyłem jak uśmiecha się po drugiej stronie.
- Też pracujesz nad płytą?
- Nie, ty pracujesz i zaproponowałeś mi duet, nie pamiętasz? – zaśmiała się.
- Pamiętam, ale dopiero przyleciałem i nie kontaktowałem się z wytwórnią.
- Nick, jestem w studiu na Piątej Alei, przyjedź za godzinę, będę czekać.
- Okey.
Rozłączyłem się i odłożyłem gitarę na miejsce, a kartkę z piosenką schowałem w portfelu. Nie dokończyłem jej jeszcze, ale chciałem pokazać ją Demi. Westchnąłem i wstałem.
                Weź prysznic, Nick – poleciłem samemu sobie i skierowałem się w stronę łazienki. Żyj normalnie, powtarzałem sobie w myślach.

                Godzinę później, po serii poleceń wydawanych samemu sobie, w końcu wszedłem do studia i uściskałem przyjaciółkę, która powitała mnie w drzwiach. Oczywiście ochrona musiała pomóc przejść mi te 10 metrów dzielących taksówkę od drzwi. Taka cena sławy, stwierdził jeden z nich.
                Wypuściłem ją ze swoich ramion i ramię w ramię udaliśmy się do pokoju nagrań.
- Zgaduję, że nie chcesz o tym gadać. – odezwała się pierwsza, wciąż patrząc przed siebie.
- I masz rację. – pokiwałem głową.
- Tylko, że… Dobra, nie nalegam, ale powinniście pogadać. Wiem, że to trudne, zwłaszcza w tej chwili, ale jest więcej historii niż zdajesz sobie z tego sprawę.
- Dems, to naprawdę nieodpowiednia chwila na to. – uśmiechnąłem się resztkami sił i z portfela wyciągnąłem kartkę z nową piosenką. – Chcesz posłuchać nowej piosenki?
- Jasne. – uśmiechnęła się i podała mi gitarę stojącą wcześniej w kącie pokoju.
- Nie dokończyłem je jeszcze, ale… Zrozumiesz.
Pokiwałem głową i przejechałem palcami po strunach.
- Próbuję zasnąć, ale budzisz mnie, bo staram się ujrzeć dobrą stronę zamiast czuć się dobrze. Nie chcę słyszeć gongu weselnych dzwonów. Przepraszam za moją ostrą reakcję, zaskoczyłaś mnie. I jeśli mam być szczery, mam nadzieję, że przyłapiesz mnie na okazywaniu, jak jestem szczęśliwy. Nie pozwolę ci zauważyć prawdy, bo jeśli przypomnisz sobie, nasza rocznica przypada na jedenastego czerwca. Nie, nie chcę kochać, jeśli to nie jesteś ty. I nie chcę słyszeć weselnych dzwonów. Może spróbujemy ten ostatni raz? Ale nie chcę słyszeć gongu weselnych dzwonów.
Spojrzałem na nią. Na jej twarzy dostrzegłem zamyślenie i to jak odległa wydawała mi się teraz. Po chwili po jej policzkach potoczyły się łzy.
- Demi, co się…
- Nick. – wydusiła nie dając mi dokończyć. –Wiem, że w tej chwili jesteś zrezygnowany, prawdopodobnie nie masz na nic ochoty – cóż, miała rację. – ale jeśli nie chcesz jej stracić to ona koniecznie musi usłyszeć tą piosenkę.
- Nie. – pokręciłem głową i westchnąłem. – Nie zadzwonię do niej ani nie napiszę i nie wspomnę jej imienia. Nie wiem, co mam robić, chyba dam jej po prostu odejść… Teraz najważniejsze jest dla mnie nauczenie się, jak żyć. Jak oddychać i jak spełniać marzenia. Miley zawsze będzie miłością mojego życia, to nie tak, że wymarzę ją ze swojego świata, zawsze będzie dla mnie wyjątkowa, ale to jasne, że wybrała kogoś innego. Demi, byłbym gotów jej się oświadczyć, gdyby nie zrobiła tego, co zrobiła. Oddałbym jej swoje nazwisko, ale… Cóż, nie wszystko zawsze idzie po naszej myśli. – obróciłem się i starłem palcami łzy z jej policzków. – Nie płacz, bo nie chcę słyszeć twojego zachrypniętego głosu na mojej piosence.
- Oh, chrzań się, Nick. – mruknęła i przewróciła oczami. – Daj mi tekst i idź przodem, mądralo, ja pójdę po coś do picia zabiorę i Eddiego, żeby monitorował nagranie.
Zamknęła za sobą drzwi, a ja stanąłem w miejscu i położyłem dłoń tam, gdzie biło moje serce. Nie wiem, skąd zebrało się we mnie tyle sił, żeby otworzyć się przed Demi. Teraz z pewnością mnie one opuściły, ale trzymałem się ich rękoma, tak jak tonący stara się uchwycić rękoma cokolwiek.
Nie mogę utonąć. 


I schowam swoją dumę do kieszeni
Jesteś jedyną, którą kocham
I mówię "żegnaj"

***
Jeszcze dwa! A nowe opowiadanie szykuje się, oj szykuje :)
Trochę mi zajęło pisanie tego rozdziału i nie powiem, męczyłam się nad nim co pewnie obniżyło jego jakość, ale ostatecznie uznam, że ujdzie, a nawet jestem zadowolona z niektórych jego momentów.
Wiem, że namieszałam ze wszystkim, ale w tym opowiadaniu chodzi o przewrotność losu i przewrotność miłości. Raz są wzloty, raz upadki, a życie nigdy nie układa się tak, jak sobie to planujemy. Pomimo tego, warto wierzyć do samego końca.

Do napisania :)